W czasie siedmioletniej, dla Prusaków tak sławnie zakończonej wojny, przybyli żołnierze austriaccy i do doliny Bystrzyca zwanej, a oficerowie pragnęli wnętrze starej warowni Kynsberg [Grodno] widzieć, która się też niewłaściwie Koenigsberg nazywa. Właściciel twierdzy dla bezpieczeństwa swego i swej familii już się był dawno stamtąd oddalił i kilku tylko urzędników jego bawiło jeszcze w zamku, którzy wyszli powitać wchodzących nieprzyjaciół. Oficerowie pytali, kto by tu był kasztelanem lub starostą, a gdy się ten zgłosił, rozkazali mu otworzenie wszystkich drzwi, aby sobie wszędzie i wszystko obejrzeć mogli.— Ale wszystkie drzwi! — nalegali na niego powtórnie. Kasztelan przyobiecał uczynić zadosyć ich żądaniu, o ile to możnościąjego będzie, zapewniając ich, że od kilku sklepów od niepamiętnych już lat klucze się zagubiły.— Nikczemna wymówka! — krzyknął najpierwszy (naczelny) oficer — poślijcie po ślusarza, zaczem inne przystępne części zamku oglądać będziemy.Stawił się ślusarz i dano się rączo do tego, aby kilkoro drzwi zamkniętych sposobną ręką otworzyć, albowiem rozkazy żołnierskie niezwłocznego wykonania wymagały. Nareszcie przyszli i do jednych drzwi żelaznych, wąskich, do otworzenia których ślusarz wprzód okiem kilku kluczy próbował, wątpiąc przy tym, że mu się otwarcie tych drzwi zaledwie uda. Tym więcej przestraszony w tył odskoczył, gdy mu się drzwi stare, zardzewiałe, same otwarły.
Wszakże myśl, że sobie tu pracy oszczędził, nie straszyła go i owszem, nawet powodem do zaspokojenia ciekawości swojej. Wstąpił przeto do ciemnego gmachu. Ujrzał tu trzech starców w długich sukniach, z białymi, całe piersi zakrywającymi i aż do kolan sięgającymi brodami, siedzących przy stole, na którym księga otwarta leżała, a ci wrytym na niego wzrokiem poglądali. Ślusarz, zawsze śmiały, wzdrygnął się tak, że mu wszystkie członki zadrżały. Spływał mu pot zimny z czoła, ośmielił się przecież i chwiejącym krokiem wyszedł z gmachu. Ledwie próg przestąpił, zatrzasły się drzwi z okropnym łoskotem. Hu, hu, hu! - otrząsał się ślusarz przestraszony i uciekał, jak gdyby go potwory jakie goniły do domu swojego, gdzie kilka tygodni chorował. Gdy zaś później w towarzystwie kilku odważnych osób drzwi te chciał im pokazać, nigdzie ich już znaleźć nie mógł.
Józef Lompa,Bajki i podania, Wrocław,1965, s.219 - 220.